w myślach

każdego ranka masywny kamień snu
lekko sczesuję usuwam z włosów
zakładam ciemne znoszone buty
metodycznym ruchem stawiam ciało na nogi

z błyszczącym sercem wokół nadgarstka
wyglądam elegancko z klasą jak co dzień
z reputacją gwiazdy
ludziom zdaje się że znają mnie nawet w nocy

jedynie na kilka sekund przy głębszym spojrzeniu
można dostrzec kilka prawd o mnie
w myślach żalę się matce na miękkim kolanie
załamuję ręce błagam o jeszcze jedno życie
a gdy nikt nie patrzy przy skrytej okazji
opatruję usta po kanciastych słowach

Jutro

jutro
miałbyś dwadzieścia cztery lata
i tyle piór na skrzydłach
ile matka dokleiłaby ci w drodze
na szczyty polskich gór

wspinalibyśmy się
w ciszy ostrych grani
dąłby nam w uszach
krzyk górskich potoków

na białej halce kładłbyś
jak sasanki-
pukle swoich włosów

tyle krwi rwałoby brzegi
w turniach niosłoby się jedynie
echo szczytów, które zdobyłbyś
jutro

Prawda

gdy miałam sześć lat
matka czesząc mi włosy
przed snem czytała
o miękkich sukniach
białych grzbietach koni

kilka zim później
w wygniecionej taniej sukience
zakładając plastykowy kolczyk
pytałam mamo gdzie jest życie
diamenty i bal

lekko pochylając głowę
unosiła kącik ust
w milczeniu jakby czekała
aż zrozumiem prawdę

nie mogłam wtedy wiedzieć
że pięćdziesiąt lat później
największym skarbem będzie
dziesięć pałeczkowatych palców
które drżąco przynoszą herbatę
wstrzymują burzę chronią przystań
na zakrętach wskazują znak
tam idź
podtrzymam cię
poranną dłonią

Zjawisko

dwa słowa ‚jesteś zjawiskiem’
gładzą chmury
błyskiem tożsamości znaczą twarz

staję się cięższa mam twarde stopy
do mocnego stąpania po brudnej ziemi
w oczach rozciąga się jedna strofa

jestem kimś osobą w pełnym wymiarze jeden na jeden
ludzie na ulicy dostrzegają mój krok
mam usta mówię istotne słowa

jesteś zjawiskiem
rzucasz lekko jak najprostszą prawdę
gradobiciem słów
rozbijasz twardą skorupę dnia

wreszcie sobą

na którym szczycie zdobytym
drodze uklepanej
pod jakim zasadzonym drzewem
stanę lekko
z blizną w pół łydki
bruzdą na policzku
postawię jeden niezmącony krok

ustami spękanymi od wstrzymanych słów
krzyknę dzień dobry życie
jestem Magdą
trzymam roztrzaskane berło
na głowie zakręca się sto trzeci siwy włos

gdzie stanę sauté
dwudziestopięcioletnim tchem
będę mogła rzucić
najodważniejsze wyznanie
wreszcie jestem sobą

Sen

dobrze się z tobą śpi
twoje ramiona bezkresne duże
dobrze się z tobą śpi
i nawet jeśli się budzę
leżysz i jesteś
pościel pachnie po twojemu
dobrze się z Tobą śpi
i nawet nie wiem czemu

Afrykańskie matki

Afrykańskie matki dzielą maniok
każde dziecko dostaje korzeń
białą soczystą ucztę
kwiecisty materiał na nadto okrągłych brzuchach
odwraca uwagę od kilku ziaren kropel
których za mało

czy wypełnisz usta
kobiety z testamentem w dłoni
na dole dwie kreski podpis
ten dokument jest krzyżem
dziecko z obrzękłym językiem dyszy cicho
komu da majątek
dwa garnki pełne ziaren piasku
przewiąże chustą
spękanymi dłońmi strąci dwie słone strugi wody
w czarny twardy ląd

Strona Facebook

Wszystkich, którzy często korzystają z portali społecznościowych, zachęcam do polubienia profilu https://www.facebook.com/porzeczkowe.slowa/ gdzie również na bieżąco zamieszczam wiersze.

 

Pozdrawiam wszystkich

Babci

Niosłaś w ręku ciężki kawał życia-
kroiłaś, rozdawałaś chorym na duszę.
W dzbanku odcedzałaś miłość,
która przelewała się i ciekła nam po twarzach,
nawet gdy więcej ciekło po nich łez.

Twoje stopy niosły pocałunki
zbolałej polskiej, twardej ziemi,
w której grzebałaś: matkę, ojca, dziecko, brata,
ale nie nadzieję.

Nigdy nikomu nie zabrakło Twojej wiary,
którą chwytałaś w dłonie jak bukiet polnych maków,
stawałaś na wiejskiej drodze
i szeptałaś: Jezus was uchroni.

W końcu, z tej polskiej, wiejskiej drogi
padnie na Ciebie ziemia,
z której wyrośnie kwiat
a w jego pąku słowa Twoje nieme
zakwitną na tysiąc sposobów.
One pachnieć będą,
dopóki znów nie spotkamy się
pośród polnych maków-
w połowie drogi.

Przebudzenie

W parny wieczór
wiszę jak liść.
Pode mną kobiety przetrząsając włosy,
odgarniają nerwowe myśli.
Biegną w noc,
gdzie ich mężczyźni
ciepłym ruchem pocierają głowy,
uklepują miękkie miejsce
w wyrobionej strunie łóżka.

W maratonie myśli zmierzają tam,
gdzie bawią się ich łydkami.
wyżej zbierają każdy niedojrzały owoc.

U schyłku dnia
kobiety nie zamykają się.
Nagle, na oścież otwarte
wypadają przerażone-
nikt nie zapełni ich ciepłego kąta.

Wtedy zrywam się z wiatrem.
Na czubek ich głów
upada szorstka,
płowa rzeczywistość.